© 2019 by Nasze Lasy

Szukaj
  • Antoni Kostka

Takie sobie podmiejskie laski

W polemice dotyczącej ochrony lasów najczęściej mówimy o "puszczach", lasach "bliskich naturalnym", o cennych i rzadkich gatunkach w nich występujących. Jeśli takowych nie ma, skłonni jesteśmy odpuścić leśnikom i pozwolić na wdrażanie tzw. wielofunkcyjnej gospodarki leśnej". Czy słusznie? Funkcji gospodarczej przeciwstawiana jest najczęściej funkcja przyrodnicza. Co to znaczy? Ano to, że jako główny argument przeciwko ingerencji ludzkiej podajemy bogactwo gatunków, najlepiej rzadkich i chronionych. I w dodatku, wskazujemy na obecne występowanie tych gatunków. Skutek tego jest taki, że jeśli chcemy chronić jakiś kawałek lasu, staramy się zaangażować znawców tematu, najlepiej profesorów, którzy znajdą coś, co ewidentnie podlegać powinno ochronie. Jeśli nie ma niedźwiedzi albo orlika krzykliwego, pozostaje poszukiwanie drzew pomnikowych, a w ostateczności mało efektowne mchy, porosty i wątrobowce. I tu mamy najczęściej problem, bo taki najazd na mały obszar lasu biologów, speców od tych stworzeń (a jest ich w Polsce aktywnych kilkunastu) zawsze prędzej czy później doprowadzi do odkrycia występowania rzadkiego gatunku. I na ten paradoks zbierania prób wskażą nieuchronnie zwolennicy status quo. Zauważą (i będą mieli często rację), że gdyby w Polsce było np. tysiąc aktywnych lichenologów i dużo pieniędzy na ich badania, to wkrótce moglibyśmy zablokować gospodarkę leśną na połowie areału Lasów Państwowych, tworząc strefy ochronne. Co więcej, znajdowanie coraz to nowych stanowisk "rzadkich" gatunków może się obrócić przeciwko szczytnym celom (podzielanym przez autora): po prostu przestaną one być rzadkie i nie będzie już prawnego narzędzia do ochrony lasów. Dlatego nie jestem zawsze przekonany do używania argumentów przyrodniczych w wąskim znaczeniu ochrony gatunkowej. Takie podejście jest ryzykowne. Trzeba do problemu podejść inaczej, i to w dwojakim znaczeniu: 1) Od początku trzeba przypominać, że powinniśmy chronić znaczne obszary nie tylko dlatego, że są cenne i bogate w gatunki, a dlatego, że chronią siedliska i procesy, i to najlepiej w dużej skali. I co więcej, nie muszą to być zjawiska obserwowane teraz: przecież możemy pozostawić do spontanicznego rozwoju każdy kawałek Ziemi, przewidując, że prędzej czy później stanie się "naturalny". To oczywiście nie jest odkrywcze, ale w ferworze działań "taktycznych" umyka uwadze. Świetnym przykładem jest tu obszar zamkniętej strefy wokół Czarnobyla. Będzie tam (lub częściowo jest) rezerwat nie tyle dlatego, że już teraz jest tam ciekawie z przyrodniczego punktu widzenia, ale dlatego, że ciekawie dopiero będzie! Bo przecież rachityczne laski i krzaki wokół miasta Prypeć same w sobie ciekawe jeszcze nie są; nie ma tam pewnie gatunków wskaźnikowych dla lasów naturalnych, nie ma Kobiernika arnolda, Granicznika płucnika itp. Chodzą wilki i łosie, ale to jeszcze nie puszcza, i długo nią nie będzie. Nie ma tam drzew nadających się na niedźwiedzie gawry. No, chyba, że zaczną przesypiać zimę w opuszczonych blokowiskach. Ale teren pozostawiony sam sobie na pewno kiedyś pozwoli niedźwiedziom gawrować w starych drzewach, trzeba tylko poczekać.


2) Oprócz wartości gospodarczej i przyrodniczej mamy wartość społeczną. Ci, którzy walczą o przyrodę, często te porządki mieszają. Istnieją lasy, które wcale nie prezentują w tej chwili jakiejś wielkiej wartości przyrodniczej, ale my po prostu chcemy je chronić, bo nam się podobają. Brzmi naiwnie? Owszem, ale to jest właśnie sedno społecznej ich wartości. Pod Krakowem, w nadleśnictwie Krzeszowice rosną sobie lasy, w których dominuje sosna, zasadzona czasami jeszcze "przez Radziwiłła z Balic". Jak wiadomo, sosna tu rosnąć nie powinna, jest to miejsce dla buka i grabu. Czyli mamy podręcznikowy przykład drzewostanów nadających się do przebudowy, zgodnie z "zasadami hodowli lasu". Wycinamy sosny, odsłaniamy małe buki, i .....voila!!! Za 60 lat, jak dobrze pójdzie, będziemy mieli znowu piękny las. Niby wszystko gra, ale nam się to jakoś dalej nie podoba: nie chcemy tu pilarzy. Tu spacerują tysiące ludzi, uciekając przez zapachami i hałasami wielkiego miasta. Cień starych drzew jest nam potrzebny teraz, a nie za 60 lat. Taką sytuację mamy w innych miejscach: pod Gdańskiem, Warszawą, Wrocławiem. Jak więc się bronić przed argumentami leśników? Trzeba sobie zdawać sprawę, że ludzie, którzy kierują w Polsce gospodarką leśną, nigdy nie mieli okazji czegoś się dowiedzieć i nauczyć na temat społecznej funkcji lasu. Oczywiście, w deklaracjach powtarzają pewne formuły, ale to tylko puste zaklęcia. Technika leśne i studia, ukończone jeszcze w latach osiemdziesiątych oduczyły ich skutecznie od myślenia takimi kategoriami. Dla nich to dalej niezrozumiałe fanaberie mieszczuchów. Młodsze pokolenie leśników zaczyna czuć, o co w tym chodzi, mają ewidentnie inną wrażliwość, ale jak na razie, mają niewiele do powiedzenia. Ale właśnie dlatego, trzeba jasno mówić, dlaczego chcemy zachowania jakiegoś lasu takim, jakim dziś jest.

Przede wszystkim, w takiej sytuacji nie trzeba się dawać wciągać w fachową dyskusję na temat gatunków, siedlisk, składu drzewostanów itp. Jeśli są ewidentne argumenty przyrodnicze za ochroną, tym lepiej. Ale nawet gdyby ich nie było, nie stoimy na straconej pozycji. Mamy mówić, że nam się te sosny podobają, tak po prostu. Nie wstydźmy się tego! Chcemy w ich cieniu spacerować, bawić się i leniwie wylegiwać. I, jeśli jest nas wystarczająco dużo, to nasz wspólny interes ma znaczenie dla całego społeczeństwa: Od tych spacerów lub wylegiwania się jesteśmy zdrowsi, lepsi, pogodniejsi. I to jest ważniejsze nie tylko od wartości drewna, ale czasem od tego, czy sosny powinny tu rosnąć, czy nie. Kiedyś te najstarsze i tak się przewrócą, wtedy nadejdzie czas na buki. Ale nie ma potrzeby kończyć ich życia przedwcześnie. Nasz Bór! P.S. Proszę w ewentualnych komentarzach nie używać argumentu "a skąd będziemy mieli drewno na krzesła i stoły". Moja odporność ma swoje granice.












39 wyświetlenia