Szukaj
  • Antoni Kostka

Chronić ściśle kopalniane hałdy!? Why not?

Zaktualizowano: 1 lut

Czy można i czy warto zakładać rezerwaty przyrody na hałdach kopalnianych? A może na porzuconych popegeerowskich polach? A może po prostu w takich sobie ćwierć-naturalnych lasach gospodarczych? I po co w ogóle je zakładać?

Znacie być może historię grupy @ratujmykkkkkkkk , której udało się zablokować wycinki w okolicach Krakowa. W wyniku uporu i konsekwencji działaczy nadleśnictwo Krzeszowice w trakcie prac nad PULem zadeklarowało, że „odpuszcza” sobie ten teren i popiera utworzenie w przyszłości rezerwatu. A na razie wyłącza go z jakichkolwiek działań gospodarczych przez 10 lat.

Wszystko fajnie, czyż nie? No właśnie, że nie, bo organ, który może ustanowić rezerwat, czyli Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Krakowie zaczyna kręcić nosem, powołując się na brak wszechstronnych badań, które by uzasadniały przyrodniczą „wyjątkowość” tego terenu. A na takie badania nie ma pieniędzy. Na to społecznicy uruchomili zbiórkę środków na ten cel, wysyłając jednocześnie skargę na bezczynność RDOŚ. W państwie z tektury, w którym dzięki zbiórkom pieniędzy działa okulistyka dziecięca, telefon zaufania dla młodzieży i Centrum Solidarności w Gdańsku nic nie powinno dziwić.

Z tej historii wynika, że RDOŚ nie może zrobić tego, co zrobiły Lasy Państwowe jedną prostą decyzją, to całkowite odwrócenie ról. Gdyby tak się uważnie przyjrzeć, to decyzja LP o wyłączeniu z działań gospodarczych jest super, bo nikt nie zawraca sobie głowy jakimś planem ochrony rezerwatu, kosztami jego utrzymywania, badaniami. Po prostu pilarze wyszli stamtąd, ludzie mogą swobodnie dalej chodzić po lesie. I taki stan oby trwał wiecznie. Niestety, Plan Urządzenia Lasu to tylko 10 lat, a czasy (i ludzie) mogą się zmienić, wiec trzeba coś trwalszego, stąd pomysł rezerwatu. Ale wtedy napotykamy na inne, bardziej fundamentalne przeszkody. Bo jednak mamy oprócz bezsilności lub złej woli służb państwa jeszcze szerszy aspekt całej sprawy:

Czy pytanie o ochronę kopalnianych hałd zawarte w tytule jest absurdalne? Tak może wydawać się na pierwszy rzut oka. Bo przecież na hałdach i na polach, na których uprawiano np. kukurydzę nic ciekawego nie rośnie. Nie ma „rzadkich” i „cennych” gatunków, nie ma żadnego „przedmiotu” ochrony. Nic nie da pisanie ekspertyz, sporządzanie opracowań flory i fauny. A w lasach, trochę lepszych od monokultur - tych, które są wynikiem Trwałej, Wielofunkcyjnej, Zrównoważonej Gospodarki Leśnej na Każdym Hektarze nie ma niczego wyjątkowego.

Tak, to racja. Ale tylko wtedy, kiedy wyjdziemy z założenia, że chronimy pewien „stan” przyrody, jakiś określony zestaw organizmów roślinnych i zwierzęcych. Na tym się zasadza klasyczny konserwacjonizm – działania zmierzające do zachowania czegoś. Najdziksze, najpiękniejsze fragmenty przyrody zostały w ten sposób „zabezpieczone” jako parki narodowe i rezerwaty. W nich występują rzadkie gatunki i całe zespoły roślinne, trwają wielorakie relacje.

W myśl tej zasady, jeśli jeszcze nie wszystkie takie miejsca są objęte ochroną, należy je wyszukiwać, opisywać, dokumentować świat zwierząt i roślin po to, żeby w pewnym momencie można było wyłożyć wszystkie zebrane argumenty na stół i skłonić decydentów do podjęcia decyzji o utworzeniu kolejnego rezerwatu (bo w naszych warunkach na pewno nie parku narodowego). Trzeba udowodnić, że obszar, o którym mowa jest „wyjątkowy”. Dokładniej rzecz biorąc, według Ustawy o Ochronie Przyrody „Rezerwat przyrody obejmuje obszary zachowane w stanie naturalnym lub mało zmienionym, ekosystemy, ostoje i siedliska przyrodnicze, a także siedliska roślin, siedliska zwierząt i siedliska grzybów oraz twory i składniki przyrody nieożywionej, wyróżniające się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, kulturowymi lub walorami krajobrazowymi”

W praktyce te „szczególne wartości” dla decydentów oznaczają zawsze jakieś rzadkie gatunki lub ich zbiorowiska. Trzeba pokazać co się chroni. Więc się ich szuka, do skutku. Takie badania są długotrwałe, żmudne, rzadko kiedy udaje się je sfinansować z funduszy organizacji społecznych, a jak zauważyliście, organa do tego w Polsce przeznaczone (czyli Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska) najczęściej nie mają na to ani czasu ani pieniędzy. W ten sposób co rok lub dwa przybywa w Polsce jeden rezerwat, zwiększając ich powierzchnię o kolejne 0,2 %.

Jeśli w ten sam sposób i na tych zasadach będziemy wyznaczać obszary ochrony ścisłej na potrzeby Strategii Bioróżnorodności, to osiągniemy cel takiej ochrony na 10% powierzchni kraju w połowie dwudziestego trzeciego wieku, czyli za 150 lat. Oczywiście, to będzie wymagało zaangażowania tysięcy wykwalifikowanych przyrodników i setek milionów złotych. Nie mamy ani pierwszych ani drugich. Konsekwentna strategia „bottom-up” jest dobra na spokojne czasy, ale nie na wyzwania 21 wieku.

Co gorsza, wypuszczenie w teren tej hipotetycznej armii wykwalifikowanych badaczy spowoduje, że mogą się mnożyć odkrycia „rzadkich” gatunków, które wobec tego mogą przestać być rzadkie. Z taką sytuacją mamy dla niektórych taksonów do czynienia w niektórych miejscach już teraz. Ale o tym się nie mówi, żeby nie stracić ostatnich argumentów na rzecz tworzenia stref ochronnych lub rezerwatów.

Coś w tym wszystkim nie gra. Jesteśmy niewolnikami poglądu, że aby chronić, trzeba absolutnie wykazać istniejącą już gdzieś rzadkość, naturalność, wyjątkowość. Jeśli chcemy, żeby do naszego lasu nie wchodzili pilarze, szukamy koniecznie jakiegoś przysłowiowego Pierdolnika szerokolistnego (Amantis latifolia?).

A przecież, jeśli dokładnie się przyjrzeć typom obszarów chronionych (np. według IUCN) to ta klasyfikacja nie dotyczy w ogóle tego, jakie to są sklasyfikowane obszary, tylko tego, w jaki sposób się je traktuje. I tak, na przykład kategoria 1 oznacza miejsca, w których nie ma żadnej bezpośredniej ingerencji człowieka. Ale nie musi wcale oznaczać jakiegoś obszaru dziewiczej przyrody. Gdyby na przykład przed 25 laty komuś przyszło do głowy kupić wielki PGR na Pomorzu i pozostawić wszystkie pola odłogiem, a na ich granicach ustawić strażników, którzy nie wpuszczali by nikogo do środka, to przecież taki obszar mógłby spokojnie być zaliczany do kategorii ochronnej 1.

Oczywiście, takie krańcowe przykłady są tylko eksperymentem myślowym, służącym temu, żeby podkreślić to, o co powinno chodzić w nowoczesnej ochronie przyrody (dla której angielskie określenie „conservancy” wydaje się wysoce nieszczęśliwe). Otóż, powinniśmy chronić nie stany (a już na pewno nie drzewo-stany) ale procesy. A najlepiej wielkoskalowe procesy ekologiczne.

A takie procesy, mogą doprowadzić prędzej czy później każdy kawałek Ziemi do stanu wysokiej naturalności. Pozostając w klimacie odjechanych myślowych eksperymentów powiemy, że to może nawet być centrum Manhattanu: trzeba tylko więcej czasu, a mogą się tam znowu rozpościerać pełne aligatorów bagna.

Naturalność to pojęcie, którego wskaźnik mieści się w całym spektrum skali: od 0 do 100. Jakiś las jest średnio naturalny? Był kiedyś lasem gospodarczym, albo wręcz pastwiskiem lub zrębem? To znaczy, że kiedyś w tej wyimaginowanej skali miał 20 punktów, a teraz ma, powiedzmy - 80. To nie są przykłady wyssane z palca: jeden z ikonicznych rezerwatów leśnych w Szwecji był, jak się okazało, średniowiecznym pastwiskiem; wiele wspaniałych lasów we wschodnich Stanach Zjednoczonych (w tym słynne Big Woods) rośnie na terenach kiedyś wylesionych. Co więcej, nie musimy daleko sięgać: fragmenty pięknego lasu w znanym wydzieleniu 219 przy granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego też w części były zrębami zupełnymi. Te fakty są często przytaczane jako argument za tym, że taki teren nie jest warty ochrony. No, i nie ma tam Pierdolnika szerokolistnego.

Odpowiedzmy na to –„no i co z tego?”. Czy fakt, że nie ma w nim tego gatunku, i wielu innych ”cennych” świadczy, że taki obszar nie jest wart ochrony, że nie stanie się kiedyś bardziej naturalny, i że Pierdolnik nie wróci do niego? Powtórzmy jeszcze raz oczywisty truizm: to jest tylko i wyłącznie kwestia czasu - nie „czy stanie się naturalny” ale „kiedy”.


Oczywiście, takie obszary, gdzie rośnie lub żyje coś absolutnie rzadkiego powinniśmy absolutnie chronić w pierwszej kolejności. Ale szukanie cennych gatunków i opieranie konieczności ochrony obszarowej w nowych miejscach tylko na fakcie występowania lub niewystępowania pewnych gatunków to droga donikąd. Zwłaszcza, że lista, jako twór urzędniczy, jest ustalona dawno, jest rzadko zmieniana. Co więcej, nie ujmuje tysięcy taksonów, które dopiero teraz odkrywamy i opisujemy (np. grzyby!). Czy są one mniej ważne, bo są małe?

Powiedzmy sobie zatem szczerze, że wyznaczanie stref ochronnych wokół miejsc występowania „rzadkich” gatunków albo szukanie ich na obszarach pożądanych rezerwatów to marnej jakości proteza prawdziwej ochrony przyrody. Proteza, po którą sięgamy, bo nie mamy w ręku żadnych innych efektywnych narzędzi.

A prawda jest taka, że powinno to wyglądać w taki oto sposób: Podoba nam się kawałek lasu? Chcemy, żeby zdziczał? To zróbmy tam rezerwat, użytek ekologiczny w ogóle nie wydając pieniędzy na wielkie badania. Zróbmy to „siłą woli”, uznajmy, że jest to decyzja w takiej samej mierze polityczna jak naukowa. Oczywiście, wszystko w granicach zdrowego rozsądku: wiemy, że marnej jakości las położony tuż obok kawałka naturalnej puszczy zdziczeje szybciej niż pozostawiony do spontanicznej sukcesji kawałek monstrualnego pola we wschodniej Wielkopolsce.

Kiedy zabiegamy zatem o ochronę jakiegoś nowego obszaru, powinniśmy zacząć konsekwentnie ignorować pytania „a co chcecie tam chronić?”. Wciąganie się w taką dyskusję na dłuższą metę powoduje, że stajemy na straconej pozycji. Możemy tych pożądanych gatunków nie znaleźć. Co gorsza, kiedy w teren ruszy horda badaczy, możemy rzadki gatunek znaleźć w zbyt dużej ilości. I wtedy ktoś w Warszawie albo Brukseli jednym pociągnięciem pióra skreśli go z listy.

Mądrzy ludzie mówią, że powinniśmy oddać przyrodzie 30% powierzchni Ziemi. Inni, że minimum 10% Europy. Czy są to arbitralne wartości wzięte „ z czapy”? A owszem, są! Ale pytam się jeszcze raz: „i co z tego?”. To i tak niezbędne minimum, żebyśmy przeżyli. I naprawdę, jest to o rząd wielkości ważniejsze niż los przemysłu drzewnego, eksportu polskich mebli i palet. Dlatego sądzę, że trzeba wyznaczać obszary chronione szybko, metodą „up-bottom”.

A Ustawę o Ochronie Przyrody trzeba absolutnie zmienić w wielu punktach. Jednym z nich powinna być inna definicja obszarów, które warto chronić. Nie tylko takie, na których jest coś cennego i rzadkiego, ale również na których coś takiego może być, albo w miarę szybko może się pojawić. Jeśli zostawimy te miejsca w spokoju. A póki co, możemy wykorzystać istniejące zapisy i nadać im wykładnię rozszerzającą. To mają to być obszary „wyróżniające się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, kulturowymi lub walorami krajobrazowymi”. W takim razie może uznajmy, że „walory krajobrazowe” to po prostu to, co nam się podoba; to proste. I może być to las z Amantis latifolia albo i bez niego.

104 wyświetlenia0 komentarzy