Szukaj
  • Antoni Kostka

Zwrócić polskie lasy Polsce! ( "Nowa Konfederacja", 23.10.2019)

Aktualizacja: 25 lis 2019


ANDRZEJ BOBIEC, ANTONI KOSTKA

Lasy Państwowe stały się quasi-państwem, łączącym zarząd ponad jednej czwartej powierzchni kraju z monopolem ekonomicznego wykorzystania lasów. Czas to zmienić, w interesie gospodarki i przyrody.

Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe jest tworem unikatowym, z jednej strony będąc instytucją państwową, a z drugiej – firmą jak każda inna, wykazującą przychody, koszty i zyski. W ostatnich 25 latach wiele powiedziano i napisano o wadach tej organizacji i ich konsekwencjach, wskazując na konieczność i możliwości jej zmian. Jednak ani parlament (wszystkich dotychczasowych kadencji), ani żaden rząd nie podjął do tej pory próby poważnej reformy ustroju zarządzania polskimi lasami.

A przecież Ustawa o lasach z 1991 roku, przyjęta w X kadencji Sejmu PRL, będąca wspólnym dziełem elit wczesnej III RP oraz funkcjonariuszy peerelowskiej państwowej służby leśnej, stanowi znakomity przykład powszechnie dziś krytykowanego procesu sektoryzacji państwa. Powstanie nowego, pozabudżetowego Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe skutkowało zatrzymaniem przez nową jednostkę niemal całego przychodu pochodzącego ze sprzedaży drewna – głównego surowca wytwarzanego na obszarze obejmującym ponad jedną czwartą powierzchni kraju. Choć Skarb Państwa nadal pozostawał właścicielem lasu, niemal jedynym dysponentem środków pochodzących ze sprzedaży państwowego drewna, został, na mocy nowej ustawy, Dyrektor Generalny LP. Operacja ta pozwoliła na niemal natychmiastowe i radykalne podniesienie kosztów działalności LP, w tym przede wszystkim kosztów osobowych. To właśnie ten zabieg, a nie przypisywany Lasom Państwowym „geniusz gospodarności”, wyjaśnia wyjątkowo wysokie uposażenia zatrudnionych w PGL LP (w 2018 r. średnie wynagrodzenie ponad 25 tys. pracowników zatrudnionych w tej instytucji wyniosło 8021 zł). Toteż dla silnie spauperyzowanej w końcowym okresie PRL służby leśnej powstanie obecnego PGL Lasy Państwowe oznaczało olbrzymi awans materialny, będący podstawą wyjątkowej korporacyjnej lojalności wobec kierownictwa instytucji i jej polityki. Lojalności, o jakiej właściwe służby państwowe mogą sobie jedynie pomarzyć…

Gospodarka niedoborów

W efekcie, zamiast odciążenia państwa i faktycznego urynkowienia gospodarki leśnej, mamy quasi-państwo leśne łączące zarząd ponad jednej czwartej powierzchni kraju z monopolem ekonomicznego wykorzystania lasów. Jednym z głównych narzędzi, jakimi LP umiejętnie sterują swoimi finansami i politycznymi wpływami, jest Fundusz Leśny. Fundusz ten powstaje w wyniku przekazywania przez nadleśnictwa obowiązkowych odpisów od przychodów ze sprzedaży drewna. W pierwotnym zamyśle (i zgodnie z ciągle obowiązującym przekazem na potrzeby opinii publicznej) miał on być mechanizmem „amortyzującym” dla tych jednostek w ramach struktury Lasów Państwowych (nadleśnictw), które z obiektywnych powodów czasowo (!) nie były w stanie osiągać przychodów niezbędnych dla zapewnienia rentowności i odpowiedniej płynności. W ostatnich latach wysokość tego odpisu kształtowała się na poziomie 14 proc. przychodów ze sprzedaży drewna, wynosząc ok. 1,2 mld zł rocznie, plus ok. 400 mln zł, jakie Fundusz Leśny uzyskał z innych tytułów. Zdecydowana większość tych środków jest przekazywana na „pokrycie niedoborów wynikających z prowadzenia gospodarki leśnej”.

Jak się okazuje, na niektórych obszarach „niedobory” te są zjawiskiem trwałym. Oznacza to, że pewne jednostki (nadleśnictwa) otrzymują stałe i ciągle rosnące dofinansowania z Funduszu. Na przykład nadleśnictwa karpackie, gospodarujące na cennych przyrodniczo terenach górskich, pochłonęły na pokrycie swojego deficytu w ciągu ostatnich 8 lat ok. 717 mln dopłat; środki te były w większości wypracowane przez bardzo dochodowe nadleśnictwa Polski północnej i zachodniej. Podobnym deficytem mogą się też „pochwalić” nadleśnictwa Puszczy Białowieskiej, co wynika z danych uzyskanych wprost z Lasów Państwowych. Za sprawą tak wielkich transferów permanentnie podważane są zasady racjonalnej rachunkowości zarządczej na poziomie przedsiębiorstwa: zyskowność poszczególnych jednostek organizacyjnych mierzona jest według całkowicie arbitralnych wskaźników, co przyczynia się do braku jakichkolwiek motywacji do racjonalizacji kosztów. Przy okazji warto podkreślić, że deficyty dotyczą najcenniejszych przyrodniczo obszarów, dla których od lat postuluje się wyłączenie z wykorzystania surowcowego i objęcie ochroną parku narodowego. Na ironię zakrawa fakt, że podczas gdy Bieszczadzki Park Narodowy otrzymuje z budżetu ok. 7 mln zł, Lasy Państwowe dopłacają do nadleśnictw położonych w otulinie parku ok. 23 mln zł rocznie. Jak się to ma do obecnej w przestrzeni publicznej narracji, według której „Polski nie stać na więcej parków narodowych?”

Konflikty różnych interesów

Aby odeprzeć zarzut „topienia” zysków w deficytowych obszarach, LP odwołują się do argumentu o swoim samofinansowaniu, będącym jednym z podstawowych mitów założycielskich tej instytucji. W przełożeniu na prosty język brzmi on: „Sami te pieniądze zarobiliśmy, więc możemy je wydawać jak chcemy”. Można jednak wykazać (jak to na przykład zrobił ekspercki portal “Monitor Leśny”), że to „samofinansowanie” jest pozorne, bo wynika z faktu, że PGL Lasy Państwowe, użytkując 7,6 miliona ha gruntów za darmo, nie przekazują do budżetu żadnej opłaty z tytułu wieczystej dzierżawy. Dość powiedzieć, że suma wszelkich podatków, odprowadzanych przez LP do budżetu w przeliczeniu na jeden hektar to ok. 12 EUR, podczas gdy podobne przedsiębiorstwa w krajach sąsiednich odprowadzają od 35 do 100 EUR z hektara. Po drugie, nawet jeśli przyjąć, że LP same zarobiły na siebie, to nic nie upoważnia tej instytucji do marnotrawienia części wypracowanych zysków. Jednak LP kierują się inną logiką: w interesie tej firmy nie leży wykazywanie zbyt wysokich dochodów (mogłoby to sprowokować któregoś z ministrów finansów do kolejnej próby uszczknięcia ich części na rzecz budżetu), dlatego od lat z dziwną regularnością LP wykazują zysk na poziomie 400-500 mln zł, uznanym widocznie za optymalny. Wydaje się też, że Lasy Państwowe chcą utrzymywać wszędzie (nawet za cenę pokrywania deficytu przez Fundusz Leśny) armię lojalnych korporacyjnych funkcjonariuszy, gwarantujących wszechobecność LP – instytucji przedstawianej jako niezastąpiony gwarant trwałości Polskich lasów, za sprawą prowadzonej przez siebie „zrównoważonej gospodarki”. Gospodarki, której – jak twierdzą akolici obecnego ustroju zarządu lasami – „zazdrości nam cała Europa”.


Fundusz Leśny jest również mechanizmem wywierania wpływu na przedstawicieli życia publiczno-społecznego (w tym głównie samorządów i organizacji wyznaniowych), ośrodków opiniotwórczych (sponsorowanie mediów), organizacji pozarządowych i ośrodków naukowych. Poprzez Fundusz Leśny LP coraz bardziej podporządkowują sobie także parki narodowe, którym dedykuje specjalną linię dotacji na „ochronę przyrody metodami gospodarki leśnej”. Rocznie, w ostatnich latach było to ok. 65 mln zł, choć ta dotacja w roku 2018 niespodziewanie spadła do poziomu 45 mln zł. W ramach tych dotacji parki mogą wydawać przyznane środki na ściśle określone zadania w ramach „ochrony czynnej”, utożsamianej przez sponsora ze standardowymi czynnościami „hodowlano-leśnymi”, w tym zwalczaniem „szkodników” (zwykle naturalnie występujących w ekosystemie owadów), czy „przebudową” składu gatunkowego drzewostanów (poprzez wycinkę i nasadzenia). I robią to, wbrew swojej ustawowej misji, tracąc swoją przyrodniczą odrębność w stosunku do czterdziestokrotnie większej powierzchni ogółu lasów gospodarczych. Łatwo się domyślić, jak taki „mechanizm pomocowy” działa na morale personelu polskich parków narodowych, którego pobory kształtują się na poziomie średnio trzykrotnie niższym niż wynagrodzenie sąsiada z PGL Lasy Państwowe. A przecież to park narodowy, nie przedsiębiorca, jest na co dzień twarzą i ambasadorem państwa wobec milionów odwiedzających nasz kraj.

Inną konsekwencją samodzielności finansowej LP, połączonej z monopolistyczną pozycją na rynku drewna, jest sytuacja na styku LP-zewnętrzni wykonawcy usług leśnych (Zakłady Usług Leśnych, ZUL) oraz przemysł drzewny (zwłaszcza ten mały i średni). Firmy pracujące w lesie skarżą się na złe traktowanieZUL-om narzucane są niesprawiedliwe asymetryczne umowy, skłaniające do obchodzenia zapisów prawa pracy, w tym do zmuszania robotników leśnych do podejmowania jednoosobowej działalności gospodarczej. Trudno się dziwić, że konsekwencją tego jest wysoka wypadkowość: w zeszłym roku przy pracach leśnych zginęły 22 osoby (!), i od lat wskaźnik tragicznych wypadków w tej branży jest wyższy niż w górnictwie węglowym. Co najbardziej oburzające, dział BHP w Generalnej Dyrekcji LP w ogóle nie zna tej liczby, ponieważ nie dotyczy ona pracowników LP – statystyki te pochodzą od stowarzyszeń przedsiębiorców leśnych. Robotnicy leśni giną i ulegają wypadkom po cichu, bez medialnego szumu i bez zainteresowania polityków. Co gorsza, czasem okazuje się, że będąc drobnymi rolnikami opłacającymi składkę KRUS, nie uzyskują nawet praw do odszkodowania wypadkowego. Z kolei przedsiębiorcy leśni, którzy często zainwestowali znaczne sumy w specjalistyczny sprzęt, są zdani na łaskę leśników. Wskazują, że wobec wzrastających kosztów pracy niezbędne jest podwyższenie stawek używanych do kalkulacji kosztów prac w lasach: „Czy jest możliwe, żeby praca zewnętrznej firmy pracującej przy pozyskaniu drewna własnym specjalistycznym sprzętem była wyceniana na 20 zł za godzinę?” – pyta jeden z właścicieli ZUL. Lasy Państwowe pozostają na te postulaty głuche, a jedyne co im się czasem udaje, np. w Karpatach, to dyskretne antagonizowanie tego środowiska z organizacjami przyrodniczymi, rzekomo odpowiedzialnymi za opisane wyżej sytuacje.

Co rok, lub częściej, czytamy gdzieś o „państwie w państwie”, odpornym na wszelkie dotychczasowe próby zmian

Problem stary jak Lasy Państwowe

Na styku LP-przemysł drzewny również wrze. Coraz wyraźniej widać, że nadrzędnym celem polityki handlu drewnem jest utrwalanie uprzywilejowanego ekonomicznego status quo PGL LP. Zauważalnym – być może zamierzonym – jej skutkiem jest stopniowo malejący udział w zakupach i przetwórstwie drewna podmiotów lokalnych, w tym zwłaszcza sektora MSP (małe i średnie przedsiębiorstwa) na rzecz wielkich, międzynarodowych koncernów. W październiku br. w ostatniej chwili Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego odwołała swój protest przed Kancelarią Rady Ministrów wobec obietnicy interwencji ministra środowiska Henryka Kowalczyka w sprawie postulatów Izby. Powodem oburzenia drzewiarzy była kolejna zmiana w zasadach sprzedaży drewna na rok 2020. Poprzednie lata wprowadziły znaczny chaos w zaopatrzeniu, prawdziwy logistyczny „matrix”, a mimo to kolejna zmiana zasad następuje wbrew postulatom polskiego przemysłu. Jak podkreślają przedstawiciele branży, zasady sprzedaży drewna są zmieniane praktycznie corocznie, w sposób mogący uprzywilejowywać grupy przemysłowe lub polityczne zdolne do skutecznego lobbingu za korzystnymi dla siebie zmianami.

Czy to wszystko, o czym piszemy jest czymś nowym? Raczej nie. Co roku, lub częściej, czytamy gdzieś o „państwie w państwie”, odpornym na wszelkie dotychczasowe próby zmian. Najwyraźniej problem ten przerastał wszystkie rządzące dotąd krajem ekipy, bez względu na barwy zaplecza politycznego, ulegające wszechobecnej, stojącej ponad podziałami „Polskiej Partii Polujących” – silnie związanego z LP lobby, dzięki któremu ważne sprawy załatwiane są nie w sejmowych komisjach, a przy myśliwskim bigosie. Choć skala problemu narasta, LP skutecznie wytrącają państwu przysługujące mu instrumenty, „legalnie” gromadzą swój ponadpartyjny elektorat, antagonizują różne środowiska: od ekologów do „deskorobów”. Jednak społeczeństwo zaczyna się przyglądać największemu obszarnikowi współczesnej Europy i narasta w nim przekonanie o konieczności reformy ustroju zarządzania naszymi lasami. Czas na takie zmiany jest najwyższy.

Czas na prawdziwą reformę

Na czym te zmiany miałyby polegać? Przede wszystkim na definitywnym rozdzieleniu nadzoru nad lasami od ich gospodarczego wykorzystania, a także na wyraźnym podziale lasów o dominującej funkcji produkcyjnej od lasów ochronnych i chronionych (nie tylko z nazwy). Ze względu na zakres i powagę przedstawionego problemu, jego rozwiązanie wymaga systemowej, legislacyjno-gospodarczej reformy. Jednym z jej elementów powinno być konstytucyjne zagwarantowanie niezbywalności jakichkolwiek, należących do Skarbu Państwa, lasów. Zapis taki jest niezbędny, by zapewnić państwu swobodę kształtowania własnej polityki leśnej, wolnej od szantażu rzeczywistej bądź urojonej wyprzedaży polskich lasów.

W miejsce Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe powinna zostać powołana Państwowa Służba Leśna, będącą służbą mundurową o silnych kompetencjach nadzorczo-kontrolno-policyjnych wobec podmiotów korzystających z lasów Skarbu Państwa – od przedsiębiorstw leśnych po grzybiarzy i turystów. Służba leśna, finansowana ze środków budżetowych państwa, byłaby w pełni niezależna od podmiotów prowadzących gospodarkę leśną. A tymi mogłyby się stać spółki skarbu państwa, utworzone na bazie dotychczasowych regionalnych dyrekcji lasów państwowych.

A co z leśnikami? Cóż, wielu jest takich, którzy coraz trudniej odnajdują się w przepojonej polityką i zasadą bezwzględnego posłuszeństwa kulturze korporacyjnej Lasów Państwowych

Z kolei samą substancję przyrodniczą lasów (ekosystemy, drzewostany) należałoby poddać starannej analizie służącej kategoryzacji obszarów leśnych, w zależności od funkcji, która powinna w nich dominować. I tak, w lasach produkcyjnych dominowałaby funkcja produkcji surowca, a prowadzona w nich gospodarka z założenia byłaby dochodowa, nie wymagająca dotacji. Z kolei częściowe ograniczenia funkcji gospodarczej w lasach kategorii ochronnej (np. lasy wodochronne w górach) mogłyby być rekompensowane przez odpowiednio zaprojektowany system fiskalny (ulgi podatkowe). Lasy dedykowane ochronie przyrody (lasy chronione) byłyby trwale wyłączone z produkcji, a ewentualne pozyskanie w nich drewna miałoby jedynie charakter ubocznego efektu realizowanej ochrony czynnej.

Uwzględniając nieefektywność i rozrzutność obecnego systemu (z punktu widzenia interesu państwa), realizacja postulowanych zmian byłaby korzystna tak z punktu widzenia rodzimego przemysłu drzewnego jak i przyrodników – środowisk, które Lasom Państwowym udawało się dotąd skutecznie wzajemnie antagonizować. Jesteśmy przekonani, że w skali kraju interesy przyrodników i drzewiarzy nie są sprzeczne, a ich realizacja wcale nie musi generować konfliktów. Potrzebna jest jedynie wola porozumienia opartego na zdroworozsądkowym założeniu (potwierdzanym przez liczne badania naukowe), że nie da się w jednym miejscu skutecznie chronić procesów przyrodniczych i prowadzić sensownej, racjonalnej gospodarki. Tak jak przyrodnicy nie powinni traktować każdego skrawka lasu jak Puszczy Białowieskiej, a gospodarki leśnej jako zagrożenia dla przyrody, gdziekolwiek taka gospodarka jest prowadzona, tak drzewiarze nie mają podstaw do obaw, że postulaty poszerzenia granic Białowieskiego Parku Narodowego czy utworzenia Turnickiego Parku Narodowego godzą w interesy rodzimego przemysłu drzewnego.

A co z leśnikami? Cóż, wielu jest takich, którzy coraz trudniej odnajdują się w przepojonej polityką i zasadą bezwzględnego posłuszeństwa kulturze korporacyjnej Lasów Państwowych. Są wśród nich tacy, których wiedza fachowa w powiązaniu z wewnętrzną potrzebą obowiązkowości czyniłaby odpowiednimi kandydatami do Państwowej Służby Leśnej, stojącej na straży naszego ogólnonarodowego dobra. Są też i tacy, którzy, mając dość wewnętrznych układów, zastępowania gospodarki ideologią i propagandą, chętnie zajęliby się tym, do czego przez pięć lat przygotowywali się na studiach – racjonalną gospodarką leśną.



2,452 wyświetlenia

© 2019 by Nasze Lasy