Szukaj
  • Antoni Kostka

Magia harwestera (Gazeta Bieszczadzka nr 23)

Co oglądał ostatnio przez trzy kwadranse wasz felietonista-przyrodnik na ekranie swojego komputera? Chyba nie zgadniecie: Oglądałem filmy, pokazujące w działaniu najnowsze modele „harwesterów”. To owe osławione maszyny, które drzewa wycinają, przycinają, przecinają, odcinają, docinają i nie wiem co jeszcze. Może nawet kawę robią. Głowica takiego potwora obraca się w kilku płaszczyznach, obrabiając do 300 drzew dziennie, a niektóre maszyny same wiążą przycięte bale w wiązki i wywożą na składowisko. To wszystko obsługiwane przez jednego człowieka, siedzącego w sterowni. Magia, prawdziwa magia! Kto z mężczyzn nie czuje w sobie małego chłopca i nie chciałby czymś takim pokierować, niech do mnie napisze.

Ciągle jestem zafascynowany nowymi technologiami, ich wydajnością, techniczną doskonałością, precyzją wykonania. W przypadku harwesterów dochodzi jeszcze jeden czynnik: bezpieczeństwo pracy. I tu dochodzimy do punktu, w którym wyjaśni się, skąd ten temat w bieszczadzkiej gazecie, i jak się splata z tematyką przyrodniczą.

W ciągu ostatnich 18 miesięcy w Polsce przy pracach w lesie zginęło ponad 40 osób. O wiele więcej zostało rannych, w tym wielu – ciężko. To za dużo. Wiele z tych wypadków miało miejsce w Karpatach. Żadna z tych ofiar nie była jednak operatorem harwestera. Bo tutaj takie maszyny nie wjadą. A zatem drewno trzeba pozyskiwać ręcznie, a praca drwala przypomina pracę sapera na polu minowym.

Czy jednak saperów się pogania? Nie, tego się nie robi, to oczywiste. Ale polskich drwali się pogania – żeby wyjść na swoje, muszą pracować czasem dwa razy szybciej, niż to przewiduje norma. Bo w Polsce za roboczogodzinę pilarza (z własnym sprzętem!) firmy leśne dostają na przykład 30 zł, albo mniej. O osobistym wyposażeniu pilarza to nawet nie warto wspominać: jego strój, zgodny ze wszystkimi certyfikatami powinien kosztować ponad 2000 zł. Widział ktoś takie w lesie?

W Bieszczadach ludzi do takiej pracy już brakuje. Ostatni Mohikanie przejdą na rentę (bo do emerytury rzadko kto dociąga). Żeby podtrzymać tu gospodarkę leśną w obecnej skali, trzeba ludziom w lesie płacić więcej. Herbata nie robi się słodsza od mieszania, trzeba dodać cukru! Ale to oznacza jeszcze większy deficyt bieszczadzkich nadleśnictw, które i tak żyją głównie dzięki dotacjom z Funduszu Leśnego. Tworzy się błędne koło.

Jest jednak rozwiązanie, które, jak to zwykle to bywa, jest najprostsze. Otóż, może po prostu przestać tu pozyskiwać drewno na taką skalę i zostawić je tylko dla miejscowych małych tartaków i na opał? Przyroda odetchnęłaby, a co do pieniędzy, mam kilka lepszych pomysłów na ich wydawanie. Ale to temat na inny felieton.

Nasz Bór!

34 wyświetlenia1 komentarz

© 2019 by Nasze Lasy